|
|
GoGr, nie atakuję. Po prostu zadałam proste pytanie, z czystej ciekawości, bez żadnej agresji przeciwko Tobie.
Jako matka, jako pielęgniarka, jako ktokolwiek, bez chwili wahania poszłabym z dzieckiem do lekarza, by dziecko zbadał.
Nie wyrokuję. Nie stawiam diagnoz. Nie piszę, że to na pewno X czy Y. Przedstawiam najbardziej racjonalne wytłumaczenie tego stanu. Nie piszę o najgorszych scenariuszach. Przedstawiam możliwe opcje, by uświadomić buuterfly, że coś, co dla jej mamy jest "prawidłowe", dla lekarza może oznaczać jakieś zaburzenie i wymagać leczenia lub chociażby obserwacji. Choć wydaje mi się, że buuterfly myśli podobnie, bo inaczej nie pytałaby, czy to jest normalne.
Mam znajomą. Kiedyś do mnie zadzwoniła lekko zaniepokojona, bo jej się zrobił mały guzek na szyi. Gdybyś była na moim miejscu - co byś odpowiedziała? Pewnie to samo co, ja, a więc "nie przejmuj się, pewnie Ci jakiś pryszcz rośnie, spokojnie". Po 3 tygodniach napisała mi, że poszła w końcu z tym guzkiem do lekarza. To był nowotwór węzłów chłonnych. Leczy się już ponad 2 lata...
Mam wyrzuty sumienia do tej pory. I obiecałam sobie jedno: nigdy nie wezmę na siebie odpowiedzialności za czyjeś zdrowie lub życie, bagatelizując coś, co może oznaczać poważniejszą chorobę.
Od stawiania diagnoz jest lekarz. Ja mogę tylko wskazać do niego drogę.
|